...wpis i wątek dotyczący ostatniej fazy sagi Zmierzch podjęłam niejako zastępczo. Od ponad miesiąca zbierałam się, aby podzielić się refleksjami na temat - jak to się ładnie mówi - "tego co się dookoła dzieje", jednak wybaczcie, ale nie jestem w stanie. Jest pułap żenady i dramatu, od którego nie chroni mnie nawet bariera wulgaryzmów i sarkazmu :-)
mam nadzieję, że "13" wprowadzi coś lepszego.
wtorek, 4 grudnia 2012
Marzy mi się zmierzch żenady, a nie zmierzch dobrego smaku :-)
W piątek, korzystając z dobrodziejstw sieciowych zakamarków i kabla HDMI przekonałam się jak kończy się saga o najbardziej rozpoznawalnych i celebrowanych wampirowatych naszych czasów (nie, to lekkie nadużycie - ostatnich lat, tak należałoby to ująć). Więc jak się kończy? Nijak. Jak może kończyć się historia, w której w nic się nie dzieje :-)
środa, 3 października 2012
Październikowa rdza
Październikowa rdza - wyjątkowo dobry tytuł, choć zawsze przychodzi pokusa aby "rust" zmienić na "hurt" Październik rani - w polskim tłumaczeniu nie ma tego eleganckiego brzmienia, bo usta i struny głosowe produkują inne dźwięki; nie tak pięknie zaokrąglone czy krótko wyciągnięte, tylko rozszerzone, szeleszczące, twarde, w drugiej sylabie nawet cholernie mokre. Może jest to jakaś wariacja na temat postrzegania tego miesiąca przez Anglosasów i Słowian :-)
Dziś, po przerwie lektura blogów Stu i jesienne dywagacje. Dziwne, przyszedł mi od razu na myśl Robert Frost, choć akurat jego nie można zaliczyć ani do nurtu melancholików ani cmentarników. Zdało mi się jednak, że ten Amerykanin w sposób zwięzły i wspaniały pod względem rytmiki wyraził definicję przyczyn źródeł melancholii. Być może kompletnie nad tym nie zastanawiając się. Najlepsze puenty są wszak dziełem chwili i nastroju, impulsu, rzadko zaplanowanego rozumowo wywodu.
Lubię ciepłą jesień i lubię ostre światło jakie w tym okresie potrafi cuda wyczyniać. Jednakże to nie jest możliwe do zaobserwowania i odczucia w ciągłym biegu miejskim. Ten piękny efekt trwa cholernie krótko, szybko ustępując deszczom, chłodnym porankom i wilgotnym wieczorom. Być może jest dlatego tak unikatowy. Oczywiście już za dwa tygodnie zacznę marzyć o plaży z białym pisakiem i ciepłym morzu, pożeraniu oliwek, piciem wina itp... ale teraz, teraz naprawdę mogę się w tym zanurzyć. W żywej rdzy :-)
Cóż jeszcze dodać o październiku? Idealny miesiąc do żeglowania w przeszłość, perfekcyjny do słuchania niektórych płyt. Dziwne, ale jesień to czas u mnie zazwyczaj dynamiczny, pełny zmian, silnych emocji. Cóż, zatem doceńmy październik :-) Jeśli nie na trzeźwo to po butelce pinot noir.
Dziś, po przerwie lektura blogów Stu i jesienne dywagacje. Dziwne, przyszedł mi od razu na myśl Robert Frost, choć akurat jego nie można zaliczyć ani do nurtu melancholików ani cmentarników. Zdało mi się jednak, że ten Amerykanin w sposób zwięzły i wspaniały pod względem rytmiki wyraził definicję przyczyn źródeł melancholii. Być może kompletnie nad tym nie zastanawiając się. Najlepsze puenty są wszak dziełem chwili i nastroju, impulsu, rzadko zaplanowanego rozumowo wywodu.
Lubię ciepłą jesień i lubię ostre światło jakie w tym okresie potrafi cuda wyczyniać. Jednakże to nie jest możliwe do zaobserwowania i odczucia w ciągłym biegu miejskim. Ten piękny efekt trwa cholernie krótko, szybko ustępując deszczom, chłodnym porankom i wilgotnym wieczorom. Być może jest dlatego tak unikatowy. Oczywiście już za dwa tygodnie zacznę marzyć o plaży z białym pisakiem i ciepłym morzu, pożeraniu oliwek, piciem wina itp... ale teraz, teraz naprawdę mogę się w tym zanurzyć. W żywej rdzy :-)
Cóż jeszcze dodać o październiku? Idealny miesiąc do żeglowania w przeszłość, perfekcyjny do słuchania niektórych płyt. Dziwne, ale jesień to czas u mnie zazwyczaj dynamiczny, pełny zmian, silnych emocji. Cóż, zatem doceńmy październik :-) Jeśli nie na trzeźwo to po butelce pinot noir.
wtorek, 4 września 2012
On the road
Trzy lata temu zmarła moja mama, a mi ciągle wydaje się że pojechała do Rosji i muszę zadzwonić żeby dała spokój i wreszcie wracała (to z powtarzającego się snu).
5 września 1957 roku J. Kerouac po 6 latach czekania wydał W drodze. Urodziłam się 5 września - choć nieco później - więc myślę sobie, że pewnie to z tego błahego powodu lepiej się o niej wyrażam niż o innych książkach z tego okresu. Może też dlatego, że najważniejszą uwagą jaką uczynili beatnicy było to, żeby nie bratać się z mieszczanami, bo to zawsze kończy się źle.
Co do On the road - mamy teraz nowy film, od 12 września u nas w kinach.
Od kilku dni zastanawiam się, jak wiele złych lub nieodwracalnych rzeczy spotyka nas w życiu i jak bardzo te dobre są zawsze podszyte czymś gorzkim. Nie mam nic przeciwko temu, że życie nie należy do najmilszych epizodów - bo nikt nie daje gwarancji dla tego towaru - ale najgorsze jest ten moment, kiedy uświadamiam sobie ile czasu zmarnowałam choćby na podtrzymywanie bezsensownych relacji z jakimiś światami zupełnie mi obcymi. Nie ma innego źródła krzywdy dla człowieka jak inny człowiek, lub on sam. W perspektywie wielu możliwości jakie mimo wszystko i ciągle daje nam funkcjonowanie w tym świecie, to dość żałosna konstatacja. Stadność ludzi, to lepienie się do siebie, to natarczywe tkanie relacji, wspólnotowość, kastowość czy cholera co tam jeszcze - to jest straszne. To jest horror.
Podobno najtrudniej jest spisać wewnętrzny tok myśli - ...racja to, wręcz jest to niewykonalne.
* Grafika na dziś pożyczona z blogu, który możecie znaleźć tutaj.
poniedziałek, 3 września 2012
Niedyskretna łatwość informowania
Nowoczesne media, i współczesne nam narzędzia i kanały komunikacji, pozwalają na niesłychany do tej pory ekshibicjonizm emocjonalny i formalny. Już w zasadzie nie specjalnie nikogo dziwi, że wiemy jak wyglądają nasi znajomi czy obcy rano, wieczorem, na imprezie, na kacu czy w robocie oraz na wakacjach. Ba, wiemy co mają w domach, co hodują, co gotują, jakich pieszczochów zabierają do łóżka (sic!), czy też co akuratnie słuchają, oglądają i co najważniejsze jaki mają nastrój w danej chwili. Setki zdjęć, tysiące komentarzy, czasem wpisy i notatki - głębsze, z szerszym zapleczem, z pokazaniem kontekstów. Największą, wręcz rewolucyjną zmianę, jaką zaproponował nam "nowy sposób komunikacji" zdefiniowałabym jako łatwość dzielenia się informacjami. Serwisy połączone w system szybkiego i atrakcyjnego powiadamiania, wręcz sprzyjają do dzielenia się. Gdyby porównać sytuację do kontaktów bezpośrednich, nie osiągnęlibyśmy nawet w połowie tak spektakularnego efektu.
poniedziałek, 27 sierpnia 2012
Eseje Trumana

Nie mogłam spać dziś w nocy po lekturze Portretów... Trumana Capote. Pewnie ze zgryzoty i tej małej flądry zawistnej, która mnie prowokuje do zazdrości, że można tak pisać. Capote to przykład pisarza, którego polubiłam w odpowiednim wieku - będąc nastolatką - i nigdy mi się nie znudził. Ba, po latach stwierdzam że jego uwagi, przemyślenia, uszczypliwości, emocjonalne szczeknięcia można odczytywać aktualnie, od nowa, od początku i od końca. Genialny zbiór, doskonałe teksty, dobry autor.
Truman Capote - Portrety i obserwacje. Eseje. Wydawnictwo Albatros, maj 2012.
niedziela, 12 sierpnia 2012
Człowiek w niesprzyjającym otoczeniu
W lipcowe i sierpniowe popołudnia, przyjemnie leniwe - dodam, zerkam co jakiś czas na doniesienia związane z wakacyjnymi aferami: nepotyzm, "gorączka złota", kryzys, brak zatrudnienia dla absolwentów wyższych uczelni itp. Ot, można się przyzwyczaić. Odkąd pamiętam (w sensie: od momentu, kiedy pojęcie "praca" czy "życie codzienne" przestały być miłym abstraktem czy przyczynkiem do dyskusji, a stały się wspomnianą codziennością) trawią nas podobne niepokoje, tyle że co ileś lat mamy do czynienia z innym aspektem ich "natury".
Na przykład w latach 90. pamiętam historie ludzi chcących się przebić w nowej rzeczywistości gospodarczej, którzy szli do pracy i nie mogli zrozumieć dlaczego nie mają ubezpieczenia, dlaczego wymaga się od nich kosmicznych umiejętności, po to aby w finale siedzieli przy telefonie i szczekali przez kolka godzin wykute na pamięć formułki. Potem była bezrobocia, do znudzenia opisywana przez gazety i inne media, aż sprawiła że nikt już tym się nie przejmował. Następnie była chwilowa hossa i wszyscy rzucili się do bycia jak klasa średnia. To "bycie jak" jest bardziej adekwatne niż "budowanie". I tak dalej... Aż mamy rok 2012, trwa recesja, więcej jest pytań niż odpowiedzi, a nawet tuzy naszej gospodarki na proste pytania w stylu "o ile zawyżyliśmy nasz wzrost gospodarczy?" nie potrafią (nie chcą) z siebie wydukać żadnej wiążącej klarownej odpowiedzi. Formuła "jakoś to będzie" zamienia się w zaklęcie.
Zastanawiam się dlaczego "afera z nepotyzmem w tle" jest niby nagłośniona, a jednak toczy się dziwnie "normalnie". Może dlatego, że większość osób pracujących w Polsce (a może i nie tylko w Polsce) wie, że jednym z najskuteczniejszych sposobów na pracę są znajomości, i wiedza o tym w czyje drzwi zapukać i jaki numer telefonu warto mieć w pamięci swego elektronicznego cacka.
Czy to jest sprawiedliwe? Wątpię, ale tak to wygląda. Kwestie łańcuszkowych powiązań i zależności można obserwować nie tylko w spółkach skarbu państwa czy tym podobnych. Spotykam gro sprawnych zawodowo interesujących ludzi, którzy albo robią za ogony lub na czyjąś chwałę i sławę i drugie tyle miernot lub kompletnie nieodpowiedzialnych (na poziomie zawodowym i emocjonalnym) ludzi świetnie umoszczonych na wygodnych posadkach. Czasem, nadużycia, błędy są tak ewidentne że ciśnie się pytanie: dlaczego? I niestety odpowiedź jest prawie zawsze ta sama: a bo ten zna tego i tego, tamta to rodzina tamtego, a tamten to załatwia tamtemu z innych źródeł dodatkowe dochody... więc "wicie rozumicie". Stąd być może - bez należytych emocji traktuję ujawnianie tego typu afer. Wypadają pionki, a struktura i mechanizm działają dalej.
Dla podsumowania wysłuchałam i byłam oto świadkiem takich oto 2 sytuacji:
1. szkolenie.
Otóż przebywając na totalnie bezsensownym wyjeździe (który miał być niby konferencją badawczą, a w rzeczywistości był wywaleniem publicznej kasy w błoto i w szynku) poszłam wysłuchać występu pani ekspertki na temat środowiska pracy. Pani nie była ekspertem w tym temacie, ale jak można było się dowiedzieć - połączyła przyjemne z pożytecznym (pojechała w plener, a do tego zgarnęła honorarium za szkolenie). Przez godzinę raczyła słuchaczy mniej lub bardziej szowinistycznymi opowieściami o tym, jakie to struktury jawne i utajnione można zaobserwować w firmach międzynarodowych: jakimi to kabotynami i "feudałami" są Francuzi, a jakimi krętaczami Włosi itp, itd. Sala podśmiewała się z tego radośnie. A ja się zaczęłam zastanawiać nad tym, dlaczego pokazuje się i piętnuje grzeszki innych, bez należytego przeanalizowania własnej sytuacji. Bo w całej prezentacji zabrakło najważniejszego punktu: przedstawienia i analizy sytuacji w polskich organizacjach. Kto rządzi?, jak wygląda nabór?, jaki wpływ mają związki nieformalne?
Dlaczego tego nie było? No cóż, odpowiedzią jest chyba początek tej historii.
2. aplikacja.
A to z goła odwrotna historia. Bliska mi znajoma załapała się do pracy przy zamkniętym czasowo projekcie dla międzynarodowej organizacji. Praca była wymagająca, wiecznie "coś się działo", ale moja koleżanka poczuła wiatr w żaglach. Dostała tę robotę z ogłoszenia, bez żadnego "wspomagania". Kiedy jej kontrakt kończył się zapytała się swojego szefa (zagranicznego) czy jest szansa aby mogła znaleźć angaż przy innej imprezie tego typu. Ten jej odpowiedział: naturalnie, na stronie którą już znasz, masz formularz, opisz swoje doświadczenia podaj nazwiska swoich szefów i aplikuj! Koleżanka była nieco zaskoczona. Zapytała się: ale pracowało ci się ze mną dobrze chyba? Jej szef odpowiedział: oczywiście, że tak, masz najlepsze oceny. Ona na to: więc może jednak tobie wyślę moje CV i ty je przekażesz komu trzeba. Na to usłyszała: nie, procedura jest taka, że aplikacja jest równa wobec wszystkich. Po tej rozmowie próbowała jeszcze wcisnąć się poza systemem, ale wszyscy uprzejmie kierowali ją na stronę z aplikacją.
Nie wiem do końca czy mogę jednoznacznie ocenić każdą z opisanych form funkcjonowania pracy. Znam też wiele przypadków, gdzie prywatne znajomości uratowały komuś tyłek, wyciągnęły z dołka i trudno byłoby mi się tak oburzać. Sytuacja druga może mieć zalety, ale i szkody: bo np. skutecznie zniechęcić (jeśli aplikacja cię nie wylosuje, ty zniechęcisz się, pójdziesz do jakiejś innej zastępczej roboty i być może nie znajdziesz się w najbardziej odpowiednim miejscu na które zasługujesz).
Wiem też jedno: dawanie pracy w naszych czasach jest najlepszą formą metody kontroli i nacisku. Być może zawsze było, ale jeszcze nigdy nie odbywało się to pod "sztandarem" hipokryzji takiej jak dzisiaj.
Na przykład w latach 90. pamiętam historie ludzi chcących się przebić w nowej rzeczywistości gospodarczej, którzy szli do pracy i nie mogli zrozumieć dlaczego nie mają ubezpieczenia, dlaczego wymaga się od nich kosmicznych umiejętności, po to aby w finale siedzieli przy telefonie i szczekali przez kolka godzin wykute na pamięć formułki. Potem była bezrobocia, do znudzenia opisywana przez gazety i inne media, aż sprawiła że nikt już tym się nie przejmował. Następnie była chwilowa hossa i wszyscy rzucili się do bycia jak klasa średnia. To "bycie jak" jest bardziej adekwatne niż "budowanie". I tak dalej... Aż mamy rok 2012, trwa recesja, więcej jest pytań niż odpowiedzi, a nawet tuzy naszej gospodarki na proste pytania w stylu "o ile zawyżyliśmy nasz wzrost gospodarczy?" nie potrafią (nie chcą) z siebie wydukać żadnej wiążącej klarownej odpowiedzi. Formuła "jakoś to będzie" zamienia się w zaklęcie.
Zastanawiam się dlaczego "afera z nepotyzmem w tle" jest niby nagłośniona, a jednak toczy się dziwnie "normalnie". Może dlatego, że większość osób pracujących w Polsce (a może i nie tylko w Polsce) wie, że jednym z najskuteczniejszych sposobów na pracę są znajomości, i wiedza o tym w czyje drzwi zapukać i jaki numer telefonu warto mieć w pamięci swego elektronicznego cacka.
Czy to jest sprawiedliwe? Wątpię, ale tak to wygląda. Kwestie łańcuszkowych powiązań i zależności można obserwować nie tylko w spółkach skarbu państwa czy tym podobnych. Spotykam gro sprawnych zawodowo interesujących ludzi, którzy albo robią za ogony lub na czyjąś chwałę i sławę i drugie tyle miernot lub kompletnie nieodpowiedzialnych (na poziomie zawodowym i emocjonalnym) ludzi świetnie umoszczonych na wygodnych posadkach. Czasem, nadużycia, błędy są tak ewidentne że ciśnie się pytanie: dlaczego? I niestety odpowiedź jest prawie zawsze ta sama: a bo ten zna tego i tego, tamta to rodzina tamtego, a tamten to załatwia tamtemu z innych źródeł dodatkowe dochody... więc "wicie rozumicie". Stąd być może - bez należytych emocji traktuję ujawnianie tego typu afer. Wypadają pionki, a struktura i mechanizm działają dalej.
Dla podsumowania wysłuchałam i byłam oto świadkiem takich oto 2 sytuacji:
1. szkolenie.
Otóż przebywając na totalnie bezsensownym wyjeździe (który miał być niby konferencją badawczą, a w rzeczywistości był wywaleniem publicznej kasy w błoto i w szynku) poszłam wysłuchać występu pani ekspertki na temat środowiska pracy. Pani nie była ekspertem w tym temacie, ale jak można było się dowiedzieć - połączyła przyjemne z pożytecznym (pojechała w plener, a do tego zgarnęła honorarium za szkolenie). Przez godzinę raczyła słuchaczy mniej lub bardziej szowinistycznymi opowieściami o tym, jakie to struktury jawne i utajnione można zaobserwować w firmach międzynarodowych: jakimi to kabotynami i "feudałami" są Francuzi, a jakimi krętaczami Włosi itp, itd. Sala podśmiewała się z tego radośnie. A ja się zaczęłam zastanawiać nad tym, dlaczego pokazuje się i piętnuje grzeszki innych, bez należytego przeanalizowania własnej sytuacji. Bo w całej prezentacji zabrakło najważniejszego punktu: przedstawienia i analizy sytuacji w polskich organizacjach. Kto rządzi?, jak wygląda nabór?, jaki wpływ mają związki nieformalne?
Dlaczego tego nie było? No cóż, odpowiedzią jest chyba początek tej historii.
2. aplikacja.
A to z goła odwrotna historia. Bliska mi znajoma załapała się do pracy przy zamkniętym czasowo projekcie dla międzynarodowej organizacji. Praca była wymagająca, wiecznie "coś się działo", ale moja koleżanka poczuła wiatr w żaglach. Dostała tę robotę z ogłoszenia, bez żadnego "wspomagania". Kiedy jej kontrakt kończył się zapytała się swojego szefa (zagranicznego) czy jest szansa aby mogła znaleźć angaż przy innej imprezie tego typu. Ten jej odpowiedział: naturalnie, na stronie którą już znasz, masz formularz, opisz swoje doświadczenia podaj nazwiska swoich szefów i aplikuj! Koleżanka była nieco zaskoczona. Zapytała się: ale pracowało ci się ze mną dobrze chyba? Jej szef odpowiedział: oczywiście, że tak, masz najlepsze oceny. Ona na to: więc może jednak tobie wyślę moje CV i ty je przekażesz komu trzeba. Na to usłyszała: nie, procedura jest taka, że aplikacja jest równa wobec wszystkich. Po tej rozmowie próbowała jeszcze wcisnąć się poza systemem, ale wszyscy uprzejmie kierowali ją na stronę z aplikacją.
Nie wiem do końca czy mogę jednoznacznie ocenić każdą z opisanych form funkcjonowania pracy. Znam też wiele przypadków, gdzie prywatne znajomości uratowały komuś tyłek, wyciągnęły z dołka i trudno byłoby mi się tak oburzać. Sytuacja druga może mieć zalety, ale i szkody: bo np. skutecznie zniechęcić (jeśli aplikacja cię nie wylosuje, ty zniechęcisz się, pójdziesz do jakiejś innej zastępczej roboty i być może nie znajdziesz się w najbardziej odpowiednim miejscu na które zasługujesz).
Wiem też jedno: dawanie pracy w naszych czasach jest najlepszą formą metody kontroli i nacisku. Być może zawsze było, ale jeszcze nigdy nie odbywało się to pod "sztandarem" hipokryzji takiej jak dzisiaj.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



