wtorek, 4 września 2012

On the road


Trzy lata temu zmarła moja mama, a mi ciągle wydaje się że pojechała do Rosji i muszę zadzwonić żeby dała spokój i wreszcie wracała (to z powtarzającego się snu).

5 września 1957 roku J. Kerouac po 6 latach czekania wydał W drodze. Urodziłam się 5 września - choć nieco później - więc myślę sobie, że pewnie to z tego błahego powodu lepiej się o niej wyrażam niż o innych książkach z tego okresu. Może też dlatego, że najważniejszą uwagą jaką uczynili beatnicy było to, żeby nie bratać się z mieszczanami, bo to zawsze kończy się źle. 
Co do On the road - mamy teraz nowy film, od 12 września u nas w kinach. 

Od kilku dni zastanawiam się, jak wiele złych lub nieodwracalnych rzeczy spotyka nas w życiu i jak bardzo te dobre są zawsze podszyte czymś gorzkim. Nie mam nic przeciwko temu, że życie nie należy do najmilszych epizodów - bo nikt nie daje gwarancji dla tego towaru - ale najgorsze jest ten moment, kiedy uświadamiam sobie ile czasu zmarnowałam choćby na podtrzymywanie bezsensownych relacji z jakimiś światami zupełnie mi obcymi. Nie ma innego źródła krzywdy dla człowieka jak inny człowiek, lub on sam. W perspektywie wielu możliwości jakie mimo wszystko i ciągle daje nam funkcjonowanie w tym świecie, to dość żałosna konstatacja. Stadność ludzi, to lepienie się do siebie, to natarczywe tkanie relacji, wspólnotowość, kastowość czy cholera co tam jeszcze - to jest straszne. To jest horror. 

Podobno najtrudniej jest spisać wewnętrzny tok myśli - ...racja to, wręcz jest to niewykonalne.

* Grafika na dziś pożyczona z blogu, który możecie znaleźć tutaj.

poniedziałek, 3 września 2012

Niedyskretna łatwość informowania

Nowoczesne media, i współczesne nam narzędzia i kanały komunikacji, pozwalają na niesłychany do tej pory ekshibicjonizm emocjonalny i formalny. Już w zasadzie nie specjalnie nikogo dziwi, że wiemy jak wyglądają nasi znajomi czy obcy rano, wieczorem, na imprezie, na kacu czy w robocie oraz na wakacjach. Ba, wiemy co mają w domach, co hodują, co gotują, jakich pieszczochów zabierają do łóżka (sic!), czy też co akuratnie słuchają, oglądają i co najważniejsze jaki mają nastrój w danej chwili. Setki zdjęć, tysiące komentarzy, czasem wpisy i notatki  - głębsze, z szerszym zapleczem, z pokazaniem kontekstów. Największą, wręcz rewolucyjną zmianę, jaką zaproponował nam "nowy sposób komunikacji" zdefiniowałabym jako łatwość dzielenia się informacjami. Serwisy połączone w system szybkiego i atrakcyjnego powiadamiania, wręcz sprzyjają do dzielenia się. Gdyby porównać sytuację do kontaktów bezpośrednich, nie osiągnęlibyśmy nawet w połowie tak spektakularnego efektu.

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Eseje Trumana


Nie mogłam spać dziś w nocy po lekturze  Portretów... Trumana Capote. Pewnie ze zgryzoty i tej małej flądry zawistnej, która mnie prowokuje do zazdrości, że można tak pisać. Capote to przykład pisarza, którego polubiłam w odpowiednim wieku - będąc nastolatką - i nigdy mi się nie znudził. Ba, po latach stwierdzam że jego uwagi, przemyślenia, uszczypliwości, emocjonalne szczeknięcia można odczytywać aktualnie, od nowa, od początku i od końca. Genialny zbiór, doskonałe teksty, dobry autor.
Truman Capote - Portrety i obserwacje. Eseje. Wydawnictwo Albatros, maj 2012.

niedziela, 12 sierpnia 2012

Człowiek w niesprzyjającym otoczeniu

W lipcowe i sierpniowe popołudnia, przyjemnie leniwe - dodam, zerkam co jakiś czas na doniesienia związane z wakacyjnymi aferami: nepotyzm, "gorączka złota", kryzys, brak zatrudnienia dla absolwentów wyższych uczelni itp. Ot, można się przyzwyczaić. Odkąd pamiętam (w sensie: od momentu, kiedy pojęcie "praca" czy "życie codzienne" przestały być miłym abstraktem czy przyczynkiem do dyskusji, a stały się wspomnianą codziennością) trawią nas podobne niepokoje, tyle że co ileś lat mamy do czynienia z innym aspektem ich "natury".

Na przykład w latach 90. pamiętam historie ludzi chcących się przebić w nowej rzeczywistości gospodarczej, którzy szli do pracy i nie mogli zrozumieć dlaczego nie mają ubezpieczenia, dlaczego wymaga się od nich kosmicznych umiejętności, po to aby w finale siedzieli przy telefonie i szczekali przez kolka godzin wykute na pamięć formułki. Potem była bezrobocia, do znudzenia opisywana przez gazety i inne media, aż sprawiła że nikt już tym się nie przejmował. Następnie była chwilowa hossa i wszyscy rzucili się do bycia jak klasa średnia. To "bycie jak" jest bardziej adekwatne niż "budowanie".  I tak dalej... Aż mamy rok 2012, trwa recesja, więcej jest pytań niż odpowiedzi, a nawet tuzy naszej gospodarki na proste pytania w stylu "o ile zawyżyliśmy nasz wzrost gospodarczy?" nie potrafią (nie chcą) z siebie wydukać żadnej wiążącej klarownej odpowiedzi. Formuła "jakoś to będzie" zamienia się w zaklęcie.

Zastanawiam się dlaczego "afera z nepotyzmem w tle" jest niby nagłośniona, a jednak toczy się dziwnie "normalnie". Może dlatego, że większość osób pracujących w Polsce (a może i nie tylko w Polsce) wie, że jednym z najskuteczniejszych sposobów na pracę są znajomości, i wiedza o tym w czyje drzwi zapukać i jaki numer telefonu warto mieć w pamięci swego elektronicznego cacka.
Czy to jest sprawiedliwe? Wątpię, ale tak to wygląda. Kwestie łańcuszkowych powiązań i zależności można obserwować nie tylko w spółkach skarbu państwa czy tym podobnych. Spotykam gro sprawnych zawodowo interesujących ludzi, którzy albo robią za ogony lub na czyjąś chwałę i sławę i drugie tyle miernot lub kompletnie nieodpowiedzialnych (na poziomie zawodowym i emocjonalnym) ludzi świetnie umoszczonych na wygodnych posadkach. Czasem, nadużycia, błędy są tak ewidentne że ciśnie się pytanie: dlaczego? I niestety odpowiedź jest prawie zawsze ta sama: a bo ten zna tego i tego, tamta to rodzina tamtego, a tamten to załatwia tamtemu z innych źródeł dodatkowe dochody... więc "wicie rozumicie". Stąd być może - bez należytych emocji traktuję ujawnianie tego typu afer. Wypadają pionki, a struktura i mechanizm działają dalej.

Dla podsumowania wysłuchałam i byłam oto świadkiem takich oto 2 sytuacji:
1. szkolenie.
Otóż przebywając na totalnie bezsensownym wyjeździe (który miał być niby konferencją badawczą, a w rzeczywistości był wywaleniem publicznej kasy w błoto i w szynku) poszłam wysłuchać występu pani ekspertki na temat środowiska pracy. Pani nie była ekspertem w tym temacie, ale jak można było się dowiedzieć - połączyła przyjemne z pożytecznym (pojechała w plener, a do tego zgarnęła honorarium za szkolenie). Przez godzinę raczyła słuchaczy mniej lub bardziej szowinistycznymi opowieściami o tym, jakie to struktury jawne i utajnione można zaobserwować w firmach międzynarodowych: jakimi to kabotynami i "feudałami" są Francuzi, a jakimi krętaczami Włosi itp, itd. Sala podśmiewała się z tego radośnie. A ja się zaczęłam zastanawiać nad tym, dlaczego pokazuje się i piętnuje grzeszki innych, bez należytego przeanalizowania własnej sytuacji. Bo w całej prezentacji zabrakło najważniejszego punktu: przedstawienia i analizy sytuacji w polskich organizacjach. Kto rządzi?, jak wygląda nabór?, jaki wpływ mają związki nieformalne?
Dlaczego tego nie było? No cóż, odpowiedzią jest chyba początek tej historii.
2. aplikacja.
A to z goła odwrotna historia. Bliska mi znajoma załapała się do pracy przy zamkniętym czasowo projekcie dla międzynarodowej organizacji. Praca była wymagająca, wiecznie "coś się działo", ale moja koleżanka poczuła wiatr w żaglach. Dostała tę robotę z ogłoszenia, bez żadnego "wspomagania". Kiedy jej kontrakt kończył się zapytała się swojego szefa (zagranicznego) czy jest szansa aby mogła znaleźć angaż przy innej imprezie tego typu. Ten jej odpowiedział: naturalnie, na stronie którą już znasz, masz formularz, opisz swoje doświadczenia podaj nazwiska swoich szefów i aplikuj! Koleżanka była nieco zaskoczona. Zapytała się: ale pracowało ci się ze mną dobrze chyba? Jej szef odpowiedział: oczywiście, że tak, masz najlepsze oceny. Ona na to: więc może jednak tobie wyślę moje CV i ty je przekażesz komu trzeba. Na to usłyszała: nie, procedura jest taka, że aplikacja jest równa wobec wszystkich. Po tej rozmowie próbowała jeszcze wcisnąć się poza systemem, ale wszyscy uprzejmie kierowali ją na stronę z aplikacją.

Nie wiem do końca czy mogę jednoznacznie ocenić każdą z opisanych form funkcjonowania pracy. Znam też wiele przypadków, gdzie prywatne znajomości uratowały komuś tyłek, wyciągnęły z dołka i trudno byłoby mi się tak oburzać. Sytuacja druga może mieć zalety, ale i szkody: bo np. skutecznie zniechęcić (jeśli aplikacja cię nie wylosuje, ty zniechęcisz się, pójdziesz do jakiejś innej zastępczej roboty i być może nie znajdziesz się w najbardziej odpowiednim miejscu na które zasługujesz).
Wiem też jedno: dawanie pracy w naszych czasach jest najlepszą formą metody kontroli i nacisku. Być może zawsze było, ale jeszcze nigdy nie odbywało się to pod "sztandarem" hipokryzji takiej jak dzisiaj.





poniedziałek, 23 lipca 2012

Szybka riposta odnośnie operacji nochala

Nic mi tak nie pobudza(ło) wyobraźni, jak wizja operacji nosa. Jak cholernie od dziecka małego zazdrościłam tym wszystkim dziewczynkom z małymi noseczkami, buziami w ciup i wąskimi kolanami, które jakoś nigdy się nie obijały, a zatem nie pokrywały sinymi plamami. 

XX wiek tak bardzo nas przeorał mentalnie, że nosimy wrzód dzieciństwa przez cale życie. Płaszcząc się, łasząc i kwiląc nad tym nieprawdziwym rajem utraconym. Poza cukiereczkami wspomnień, każdy pielęgnuje też swoje gorzkie żale z dzieciństwa. Ja: nos, a raczej nochal. Dlatego bardzo się ubawiłam czytając Życie jest bajką Dubravki Ugrešić. Ma rację ta Chorwatka bez chorwackiego paszportu, że w momencie agonii wielkich ideologii i meta-narracji człowiek poszedł w ciało i skupił na nim swą uwagę, jakby to ciało było ostatnim bastionem jego wolności. Pozornej wolności - bo przekupowane, obrabiane, upodobniane staje się obszarem zniewolenia. Dość ponuractwa jednak. Życie jest bajką to książka, której autorka mierzy się z mitem Baby Jagi, tak wiedźmy co żyje w domku na kurzej stopce, niecne ma zamiary, włosy jej rosną na brodzie, nos ma hakowaty, a cycki długie że aż zarzuca je na plecy. Well, tak w skrócie ordynarnym można wszak opisać starość kobiet. I właśnie o staruszkach z Zagrzebia jest ta historia. Książka składa się z trzech części - każda jest ze sobą powiązana. Nie tyle akcją co bohaterkami. Pierwsza część to opowieść o matce i córce, chorobach, własnych wyobrażeniach i własnych wojenkach. Druga część to baśń o trzech wiedźmach, które udały się do czeskiego SPA. Najbardziej upudrowana fantastycznym tonem. Dla odmiany trzecia to list, manifest postfolklorystyczny o Babie Jadzie pisany przez Babę Jagę :-)
Stawiam tej książce plus za pierwszą i drugą część. Manifesty, nawet w tak przyjaznej formie, już do mnie nie trafiają. No i plus za nos. Odechciało mi się operacji :-)




wtorek, 17 lipca 2012

Ciekawe odmiany form przyjaźni


Przyjaźń jest wartością wyeksploatowaną do cna w naszym świecie. Podobny los spotkał miłość. W ten sposób te dwa fundamenty aksjologiczne "lepszej strony człowieka" przechodzą dość trudne chwile i zostają poddane nieustannej interpretacji, transformacji, dekonstrukcji... tak, że czasem ginie nam sprzed oczu proste, fundamentalne przesłanie zawierające się w ich ontologicznym znaczeniu ;-)))

wtorek, 3 lipca 2012

Doskonała puenta

Doskonała puenta na miniony ostatni miesiąc. Pozwolę zacytować sobie anonimowo fragment treści maila który dostałam, a który w definitywny sposób podsumowuje pewne sprawy:

"Wrocławiowi i całej Polsce potrzebna jest kontrrewolucja w imię wartości. Mam wrażenie, że Euro2012 to świadectwo, że sięgnęliśmy dna. Jako państwo, jako społeczeństwo, jako media i w ogóle. Poziom zbiorowej ekstazy i narracji niemal sakralnej na temat tych bądź co bądź bardzo prostych i krótkich igrzysk świadczy o tym, że real musi być naprawdę okrutny"


święta prawda :-)
jak pisałam w poście wcześniej: to było tylko piwo i przerwa na obciach. Nie, nie był to skok cywilizacyjny. W taki sposób ta mityczna czynność się nie odbywa ;-)