wtorek, 19 marca 2013

Złudność a posteriori doświadczenia podróży


Powoli, ale nieubłaganie zaciera się mapa marzeń dzieciństwa. Krainy zostały odkryte, lub wyeksplorowane informacyjnie na tyle, że przestały być w zupełności atrakcyjne. Podróż traci na swej magii, traci na kaloryczności. Dziś rozważając o bliskiej podróży myślę raczej o kłopotach administracyjnych, wizach i wydatkach etc. niż w stylu something pure, co przeważnie miało miejsce. Jest w rozważaniach o podróży i w fascynacji tym stanem coś z życiowej witalności, z totalnej afirmacji życia. Podróż staje się totemem dla osobowości nie bardzo liczących się z narodzeniem, ani odchodzeniem. Jakby wiedza o genezie była niemożliwą do zbadania sprawą, a refleksja i samoświadomość odejścia, budziła tylko większe pokłady melancholii.

Podróż jest (powinna być) czystym chaosem doświadczeń, w ogniu którego możemy sprawdzić siebie, własne demony, własne siły. Nie oczekujmy w podróży poznania, wiedzy, dotknięcia prawdy. Trudne do zidentyfikowania poczucie, że synteza dokonywana w akcie podróży "przynosi prawdę" to ściema, pojawiło się we mnie lata temu podczas lektury "Dunaju" Magrisa. Zdaje mi się coraz pewniej, że jedno co w podróży poznajemy - to siebie, no może jeszcze towarzyszy podróży. Z całą pewnością nie ma to nic wspólnego z wiedzą o krainach i społecznościach, które przechodzą przez tryby naszego mechanizmu podróżowania.


Zasadniczo, grzechem który stoi za przeświadczeniem o świadomej i krytycznej poznawalności świata podczas podróży i postrzeganiu obserwowanych zjawisk i społeczności w kategoriach obiektywnych, są tomy książek autorów wnikliwie przedstawiających podróżowanie i przebijających się przez warstwy jawne i niejawne danych struktur. Sama mam w tej chwili w pamięci choćby Stempowskiego, którego opis podróży po powojennej (raptem) Europie, to mistrzostwo i doskonała projekcja przyszłego rozwoju wypadków. Przyzwyczajeni jesteśmy, że obcując z lekturą "podróżniczą" (celowo zamieszczam cudzysłów, bo nie ograniczam tej prozy tylko to książek kartka kolorowa czy reporterska ze stron dalekich, tylko traktuję w szerszej perspektywie, jako próbę opisu krain, krajów, społeczności, nie tylko ograniczając się do perspektywy folkloru) mamy często do czynienia z ludźmi, którzy spędzili masę czasu na wnikliwych studiach dotyczących kultury, polityki, geografii danego miejsca (a i tak często zdają się ponieść szablonom) i to ich doświadczenie, ich pewność i wiedzę przenosimy na siebie. Czy jednak większość  z nas wybierając się w podróż jest uzbrojona w tak doskonale przygotowane zapasy, wiedzę, refleksję? Myślę, że nie. I nie ograniczę się tutaj tylko i wyłącznie do turysty spod znaku "last minute" czy "plecakowych obieżyświatów".

Ile i jak mało wiemy o rzeczywistości z którą się stykamy podczas podróży, przekonałam się czytając książkę Carmen Laforet "Podróż za żelazną kurtynę" (opis sytuacji z roku 1967  -lato). Po pierwsze to uroczy reportaż, taki w starym pięknym stylu, bardzo kobiecy. Autorka jest pisarką  - wtedy już uznaną. Towarzyszyła jej Polka -   emigrantka z 39 r. Odwiedzały nie tyle hotele, co społeczność, mieszkania etc. przejechały cały kraj i co? Z szkicu nakreślonego przez Carmen wyłania się tyle ciekawego co mało prawdziwego. Miałam podczas lektury przemożne wrażenie, że to nieprawda, nie tak, nie-możliwe, oj tu za mało, tam źle zrozumiałaś... etc. A jednak w tym tekście była też i Polska i ludzie polscy. Więc o co chodzi? O niepokój, który mnie ogarnął, że moje (nie tylko moje) pewne wyobrażenia, sądy, opinie czy emocje związane z innymi społecznościami - niestety, ale mogą być tak mało przenikliwe i prawdziwe jak reportaże Carmen Laforet. A swoją drogą - uznaję lekturę "Podróży..." za rzecz obowiązkową nie tylko dla wszystkich aktualnych i przyszłych podróżników, ale też i dla przywiązanych do kategorycznego sądzenia - jak łatwo można popłynąć, jak przeoczyć i przeinaczyć pewne sprawy.

Z ciekawostek, w książce Laforet, Wrocław jawi się jako miasto młode, agresywne zupełnie mniej przywiązane do korzeni niż inne miasta Polski, gdzie zabawa jest tłumna, mocno alkoholowa i mroczna. Większość ludzi - autorka ocenia 70. proc to młodzi, urodzeni we Wrocławiu, prawie nie zauważa innych warstw. Przekładam ten fragment osądu na "realia". Czy Hiszpanka miała rację? Cholera, i tak i nie, zależy jak ugryźć, jak spojrzeć. Tyle w tym prawdy, co tyle w tym nieprawdy...

Pomna tej gorzkiej pigułki szykuję się na drugą półkulę i wcale mi się w podróż nie chce wybierać...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz