środa, 3 lipca 2013

Trzeci z trzech: czy druga półkula jest naprawdę druga


Trudno jest zebrać subiektywne wrażenia w sensowną całość, która miałaby uchodzić za coś w miarę obiektywnego. Właściwie nie da się tego zrobić, bez popadania w źle pojęte wygłaszanie sądów ex cathedra. Pierwszy raz wybrałam się na drugą półkulę do kraju, który gównie znam/znałam z filmów, komiksów, płyt ulubionych zespołów, kolorowych magazynów, zinów czy też książek. Każda podróż to zapasy z własną wyobraźnią i z własnymi przesądami. Cóż, w tym wypadku mogę powiedzieć tylko: dla mnie w tamtej chwili, ten czas był dobry. Wszystko było super. Ot, pamiętam uwagę jaką usłyszałam o Nowym Jorku od Mirka: w tym mieście super jest być bogatym turystą. Well, bogactwo dla każdego jest inną miarą, ale chyba miał rację, bo nie mogę napisać "że wiem", że "wszystko widziałam". Byłam wszak tylko "bogatą" turystką, która mogła sobie pobyć bez zobowiązań na Manhattanie.

Pewnie perspektywa, przysłona pobytu, który jest pożądany, suto opłacony i tej świadomości, że ktoś tam oczekuje, coś się odbywa w ramach uniwersyteckiego porozumienia, sprawia że to co możesz dostrzec wokół jest z góry zaprogramowane. Spotykasz tylko fajnych ludzi, widzisz tylko fajne rzeczy, bo wszyscy wokół dbają o to, aby tak było. I może dobrze, dość miałam odłożonych opowieści z dzieciństwa, jak to biedny krajan rozpłaszczał nos na szkle wystawy mogąc tylko i wyłącznie pomarzyć o dobrach ukrytych za jej kurtyną, a może o dobrach, o których zastosowaniu nie miał nawet zielonego pojęcia.

Dlatego nie ma sensu pisać tu uwag "o ustroju i obyczajach Ameryki"... Zupełnie bez sensu. Nadal wiem tyle, że jest to dla mnie taka sama tajemnica, jak była przed tym momentem, kiedy wytoczyłam się z samolotu w kołnierz lotniska w Waszyngtonie.

Mam za to kilka drobnych uwag, szkiców nakreślonych w biegu, miedzy jednym spotkaniem, a drugim, między pierwszym, a kolejnym miastem:

1. rozbawiło mnie i solennie ucieszyło cytowanie A. Tocquevilla podczas dużego spotkania na pensylwańskim uniwersytecie, gdzie przygotowano dla nas wizytę i warsztat. Było w tym coś rozbrajającego i przyjemnie konserwatywnego, że wybrali starego A, wychodząc z założenia, że dyskusja o refleksjach i tekstach tego Europejczyka będzie dla nas przydatna w zrozumieniu amerykańskiej mentalności,

2. jedzenie (w tych miejscach, w których przebywałam) czyli Waszyngton, Pensylwania, sąsiedni maleńki Meryland i Nowy Jork jest dla kompletnie nieprzyswajalne. Wizyta w markecie była kaźnią snucia się między półkami i rozpaczą wyboru między jednym nieprzyswajalnym produktem, a drugim. Przekonałam się też, że lemoniada ze świeżych "naturalnych owoców", nie może być podana bez tony cukru i wiadra lodu. Pencakes'y, które robię w domu smakują tak samo jak tam, tylko nie mam gorącej blachy na którą mogłabym ciskać ciasto. Owsianka w nowojorskich barach czynnych od świtu jest pyszna i było to jedyne danie (obok pizzy, którą zżarłam w Małej Italii), które przyswoiłam bez oporów. Piwo jest drogie, ale doceniłam wygodę chłeptania browarów z butelek rozmiar 33',

3. domki i domostwa w Pensylwanii zatopione w leśnym i pod-górzystym krajobrazie można obserwować godzinami z rozdziawioną gębą, a wieczorami przypominają się wszystkie stare horrory i gotyckie powieści. Krajobraz poraża - jest naprawdę piękny. W campusie pod okno mojego pokoju przychodziły brykać wiewiórki i małe dzikie króliki - było tak uroczo, że zaczęłam zastanawiać się, czy czasem to nie zwidy ;-),

4. przestałam już kompletnie rozumieć dlaczego u nas panuje takie najeżenie na jakąkolwiek szczyptę patriotycznego uniesienia. Akuratnie w Waszyngtonie byłam podczas obchodów Memorial Day i ironicznie napiszę: Krakowskie Przedmieście przy tym to pikuś. I jakoś żyją i nikomu nie przychodzi do głowy pisać o tym, że to mohery. Nie to, żebym nagle zechciała maszerować pod flagą, ale złota zasada żyj i dać innym żyć każe mi to napisać :-),

5. Nowy Jork jest miastem, które rzeczywiście albo się kupuje od razu, albo chce z niego wyjechać. Mi się tam akurat podobało, ale to w zasadzie było do przewidzenia. Jest to ten rodzaj tłumnego bajzlu i przestrzeni, która kojarzy mi się z Berlinem i Barceloną, jakby te dwa miasta się połączyły, a na dodatek powiększyły. Miasto nie jest ani za-czyste, a ni równe, a ilość remontów, bardaszek przeróżnych oraz innych osobliwości jest o tyle zatrważająca co czasem wręcz zabawna. Po ulicach nie przechadzają się tłumnie bohaterki nowojorskich seriali, a jak maszeruje jakaś wypiękniona diva na obcasach po Górnym Manhattanie, to zazwyczaj jest Rosjanką (tu sobie pozwolę na takie uogólnienie),

6. sztuka - o, to jest sprawa dla której warto przelecieć się do NYC i w sumie byłam w stanie zakręcić wszystkimi mocami świata, aby na koniec uniwersyteckiej roboty znaleźć się w muzeach i galeriach Wielkiego Jabłka. Odetchnęłam z ulgą, uznając że Pollock w oryginale robi na mnie ciągle to samo obezwładniające wrażenie, jak w chwili kiedy pierwszy raz zobaczyłam jego bio-morficzny obraz w którymś z kiepsko wydanych podręczników "o sztuce". Ale - z przyjemnością też zauważyłam, że w galeriach Soho wisi mnóstwo obrazów gorszych niże te, które znam z pracowni choćby wrocławskich "młodych artystów" - zatem nie ma co lamentować. Za to sklepy z designerskim wyposażeniem są naprawdę efektowne i mogłabym przytaszczyć wagon różnych bzdetów gdybym mogła, ale i tak przytaszczyłam to i owo oraz mnóstwo pomysłów na rzeczy, które może ktoś mi zrobi tutaj na miejscu.

7. Co mi się ulotnie najbardziej podobało? Jakieś wyczucie do nieograniczonych możliwości zarabiania. Jednak najfajniesze są te nieokreślone wspomnienia, małe kadry, które układają się w głowie, choć kiedy je omówić lub opisać to tracą na wartości, ale pod postacią wspomnienia sprawiają, że są wyjątkowe. Rozpamiętuję sobie takie krótkie popołudnie na Soho w małej lekko śmierdzącej kawiarni, gdzie nad kawką po jednej stronie deliberowali panowie o stronie internetowej ich niszowej wytwórni muzycznej, po drugiej jakaś pani siedziała w idealnym bezruchu nad niepitą kawą, dumając - jak sobie poukładałam w projekcji - nad upadkiem świata ;-), a ja w samym środku słuchałam z głośników zagrywającego transowo Johnny'ego Casha The Ring of Fire. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz