środa, 14 października 2015

Tak, wiem to już październik...


Tak, wiem to już październik, ale ten tydzień zadał cios w iście listopadowym stylu. Pozostaje zatem oczekiwać (słusznie) na aurę mieniącą się przygasłym słońcem i niuansami czerwono-złotych liści, które jeszcze na krzewach, a już bardziej opadłe na ziemi snują się wokół stóp. I podobnie czas na mgłę wieczorną w parku i w wąwozach uliczek słabo oświetlonych latarniami (energooszczędnymi). Bo październik bez tej oprawy i bez październikowej listy słodko-ponurackich utworów muzycznych oraz literackich to zupełnie się nie liczy. Prawie jak nie-październik. Więc dziś będzie o...

...historii "o" Uległości autorstwa M. Houellebecqa. Międliłam powieść dość powoli, jak czasem to zdarza się z książkami, które się po prostu lubi od pierwszej strony, zdania itp. Lubi się w ten sposób, że finał zupełnie się nie liczy, bo sam proces czytania dostarcza sytości. Podobnie bawiłam się czytając Sto dni bez słońca W. Szostka, może jeszcze dawniej nad stronami Małego światka - D. Lodgea.

Oczywiście - tuż po premierze powieści - zerknęłam we wszystkie dostępne recenzje, refleksje i tym podobne. To też pożyteczne, bo łatwiej ustawić się na wspak wobec szerokiej opinii czy wyrazistych poglądów i poszukać samemu innej ścieżki.

Kluczem do Uległości jest ten rodzaj kodu, który można ulepić sobie wedle własnego uznania - to wskazówka dla tych, którzy oczekują po tej opowieści egzegezy zmierzchu Europy czy odpowiedzi na to czy islam wyrośnie na wiodący prąd religijny, społeczny i polityczny. Nie należy też podchodzić jednowymiarowo do Uległości, bo w zasadzie dotyczy ona - czy raczej zawiera - kilka opowieści. I tak - mamy więc ironiczny szkic i opowieść o paryskim środowisku akademickim (w pewnym jego wycinku), mamy też opowieść o samotności po 40., mamy również jadowite smagnięcia o tym, że młodość to młodość i mimo swej głupoty, żadne fiku-miku jej nie zastąpi (a skoro ta młodość nam tak siedzi na mózgu i emocjach i nijak jej się pozbyć - jako obiektu westchnień nie chcemy / nie możemy to nadal będzie nam sen z oczu spędzać), mamy też oczywiście wątek wiodący o tym, jak i dlaczego Francja mogłaby stać się państwem islamskim oraz krótkie resume dotyczące przerwanej pępowiny między Europą ducha (średniowiecze), a Europą świecką. Tyle, że gdyby przeanalizować wszystkie postaci pojawiające się na stronach Uległości, to pojawia się jeden problem - trudno tych ludzi traktować z należytą powagą (jeśli uznamy, że powaga przynależy ludzkim osobnikom:-). De facto każdy z bohaterów jest przedstawiony ironicznie. Trudno zachować powagę śledząc np. scenę dyskusji między głównym bohaterem (wykładowca, specjalista od J.K. Huysmansa) a rektorem Redigerem, który prezentuje swojemu gościowi zalety islamu. Sceneria i przebieg rozmowy układają się w parodię zwodzenia mefistofelicznego, a gonitwa myśli wokół wypijanego alkoholu sprawia, że cały ciężar gatunkowy, który powinien być zawarty w takiej dyspucie podstępnie ulatuje i bierze w głęboki nawias serwowane argumenty. Podobnie sprawa ma się z przymuszonym do emerytury specem służb specjalnych i znajomym - domniemanym  - identytarystą, to co tworzy te postaci to nie tyle wypowiadane opinie co anturaż i styl jaki im towarzyszy, czyli estetyka. Dalej, można też skupić się wokół odniesień do skandalizującej powieści O, której figura w finale wkracza z mocnym akcentem w narrację Uległości. Ale też można - i to właśnie układa mi się na pierwszym planie - brać książkę Houellebecqa jako opowieść o pisaniu i byciu pisarzem - o tym kiedy trafia się na swój szczyt możliwości oraz o tym co następuje potem i jak to się właściwie kończy.

Choć zdecydowanie polecam dokonanie własnego rozbioru na cząstki elementarne :-)

Dziś na tyle, do zobaczenia (jeszcze) w październiku...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz